Nasi absolwenci

Nasi absolwenci

 

Sebastian Calik (2018)

Odkąd pamiętam chciałem zostać organistą i pilotem. Być może trudno znaleźć jakiś związek między tymi pasjami, niełatwo je ze sobą pogodzić, jednak nie jest to niemożliwe…
Gdy byłem mały niezwykle fascynowała mnie mnogość przycisków i klawiatur w organach. Zawsze starałem się zabrać rodziców do takich kościołów, gdzie można było wejść na chór i obserwować organowe kontuary. Była to dla mnie ogromna frajda. Moja fascynacja organami była tak duża, że budowałem w domu z krzeseł prowizoryczne organowe ławki, które dostawiałem do dwóch klawiatur dziecięcego keyboardu. Niemniej naukę gry na instrumencie w szkole muzycznej zacząłem stosunkowo późno, bo dopiero w wieku 13 lat.
Moją przygodę z lataniem zacząłem w wieku 16 lat, choć nie od razu były to samoloty. Wtedy moją ogromną pasją stało się szybownictwo. Samolotami zacząłem latać już jako doświadczony szybownik. W tych machinach, podobnie do organów, fascynująca była dla mnie ilość przycisków, przełączników, złożona i skomplikowana budowa całej maszyny. Przez kilka lat łączyłem szkołę muzyczną i latanie, choć nie było to łatwe, lecz dzięki samozaparciu oraz wsparciu i przychylności nauczycieli udało się. Szkoła pozwoliła mi prawdziwie rozwijać swoje muzyczne zainteresowania, mialem możliwość uczestniczyć w wielu zagranicznych wyjazdach muzycznych. Ponadto dzięki zdobytym w szkole muzycznej umiejętnościom grałem w kościele przez kilka lat. Dwa lata temu skończyłem ASM. Obecnie jestem pilotem jednej z największych linii lotniczych w Europie.

Maria Komisarz (2018)

Moja przygoda z muzyką zaczęła się dość późno, bo dopiero gdy miałam 12 lat. Wtedy rozpoczęłam naukę gry na flecie w Szkole Muzycznej I stopnia w Wieliczce. Tam, przez 4 lata rozwijałam swoją pasję do muzyki i pogłębiałam swoje umiejętności. W klasie dyplomowej zdecydowałam, że chciałabym kontynuować naukę, najlepiej w klasie śpiewu, lecz wtedy nie było w Wieliczce szkoły II stopnia…

Ostatecznie trafiłam do ASM i to do klasy fletu. Pierwsze chwile w szkole były dla mnie stresujące i pełne obaw, bo związane ze zmianą mojego dotychczasowego środowiska. Jednak dość szybko zaaklimatyzowałam się w nowej szkole, dzięki życzliwym pedagogom i uczniom. Przez trzy lata łączyłam naukę w liceum i ASMie, co nie było łatwe, ale jak się okazuje, było możliwe. Oczywiście nie zabrakło chwil zwątpienia – będąc w III klasie chciałam zrezygnować ze szkoły, by móc lepiej przygotować się do matury, jednak dzięki namowom nauczycieli, z Panem Dyrektorem na czele, zostałam w szkole i uważam, że była to dobra decyzja. Po maturze, dzięki wsparciu nauczycieli udało mi się zrealizować materiał klasy IV i V podczas jednego roku, a był to dla mnie czas niezwykle wytężonej pracy, bo postanowiłam, że będę poprawiać maturę, by dostać się na studia medyczne. Pierwszy rok medycyny przeżyłam w miarę bezboleśnie i myślę, że jest to duża zasługa ASMu, bo był on dla mnie odskocznią od anatomii i fizjologii.

W 2018 roku uzyskałam dyplom ukończenia szkoły, stając się pierwszą absolwentką naszej szkoły w klasie fletu. Od tej chwili mogłam skupić się już tylko na medycynie, choć mówiąc szczerze na drugim roku studiów bardzo brakowało mi tej szkoły i jej niepowtarzalnej, rodzinnej atmosfery, nauczycieli, którzy są życzliwi i empatyczni, nie wspominając o ich profesjonalizmie i fantastycznych umiejętnościach. Odczuwałam też brak kontaktu z moimi koleżankami i kolegami, którzy jako uczniowie ASMu tworzą bardzo zgrany zespół, nie tylko podczas zajęć chóru czy wspólnych wyjazdów, czy wyjść, ale przede wszystkim na co dzień.

Marcin Miotelka (2017)

Moja przygoda z ASM II st. w Krakowie rozpoczęła się w 2011 roku i trwała przez kolejnych 6 lat, aż do jej ukończenia w 2017 r. Do dziś z sentymentem i dumą wspominam naukę w murach tej szkoły. Pamiętam przepełnione ekscytacją pierwsze kroki w nauce gry na organach pod okiem najpierw dr Anny Dzioby, następnie s. dr hab. Susi Ferfoglii, a także na fortepianie pod kierunkiem przemiłej mgr Jadwigi Wyroby. Pamiętam pełne przejęcia zgłębianie tajników muzyki kościelnej, szczególnie w jej liturgicznej odsłonie pod kierunkiem dra hab. Krzysztofa Michałka i ks. dra Stanisława Mieszczaka. Nie zapomną nigdy charyzmy i cierpliwości mgr Teresy Arend, która kierowała sekcją przedmiotów teoretycznych. W końcu wspominam z satysfakcją pełne żywiołowości i dbałości o piękno muzyki lekcje Chóru z prof. dr. hab. Wiesławem Delimatem. To one złożyły podwaliny pod moje zainteresowanie muzyką chóralną i ukształtowały mój styl prowadzenia prób chóru w pracy zawodowej. Miałem to szczęście, że w murach szkolnych zetknąłem się bezpośrednio z osobą jej patrona – śp. ks. kard. Franciszka Macharskiego. Obraz, który do dziś mam w pamięci i który wywołuje u mnie niemałe wzruszenie to ten, gdy kardynał odwiedził naszą szkołę i wygłosił do nas przemówienie w sali nr 41. Mówił tak cicho i delikatnie, jakby szeptał, ale treścią i osobowością sprawił, że gwarna zazwyczaj spora grupka uczniów jakby zamarła w bezdechu. Pamiętam każde jego słowo…
ASM II st. okazała się bardzo elastyczna w podejściu do osób studiujących i pracujących. Muszę stwierdzić, że w moim wypadku to praktyka wyprzedziła teorię i kiedy zaczynałem naukę w szkole, pracowałem już jako organista w wielickiej dużej parafii, a następnie w kolejnych, krakowskich. Studiowałem też równocześnie filozofię na UPJP2 w Krakowie, którą udało mi się ukończyć w trakcie nauki w szkole muzycznej.
Pierwsze 3 lata nauki w szkole muzycznej okazały się na tyle treściwe i rozwijające, że zdecydowałem się po nich podjąć równolegle studia na kierunku muzyka kościelna w Krakowie, które mam nadzieję ukończyć w tym roku.
Dziś jestem organistą w parafii NMP z Lourdes w Krakowie oraz dyrygentem Mieszanego Chóru Mariańskiego, jednego z najświetniejszych chórów amatorskich w Polsce, którego prowadzenie przejąłem po śp. dr. Janie Rybarskim, nestorze polskiej chóralistyki. Jestem przekonany, że gdyby nie te początki w ASM II st. nie znajdowałbym się dziś w tym miejscu. Dziękuję wszystkim moim profesorom i kolegom ze szkolnej ławy!

Michał Piechnik (2017)

Swoją naukę w ASM II stopnia podjąłem, gdy przyjechałem do Krakowa na studia. Ta przygoda miała być tylko dodatkiem do niezwiązanego z muzyką kierunku studiów, jednak jak się później okazało stała się główną drogą do realizacji życiowych pasji oraz powołania.

Do dziś pamiętam swój egzamin wstępny do ASM, bo wtedy właśnie pierwszy raz nas serio zagrałem na fortepianie. Pierwszą nową informacją, którą zdobyłem jeszcze przed drzwiami sali egzaminacyjnej był fakt, iż „utwór dowolny” nie oznacza „cokolwiek, byleby na fortepianie”. 😊 Drugą zaskakującą dla mnie rzeczą był sprawdzian z teorii muzyki. O teorii wiedziałem wtedy jedynie tyle, że pewnie jakaś jest. Wszedłem do sali egzaminacyjnej i po zagraniu utworów Przewodniczący Komisji zagrał interwał i poprosił o jego określenie.
– Kwarta – odpowiedziałem.
– Jaka kwarta? – zapytał przewodniczący.
– Hm… – westchnąłem.
– Jest taka wódka! – podpowiedział jeden z egzaminatorów.
– Hm… – westchnąłem.
– Czysta. Kwarta czysta. – odpowiedział Przewodniczący.
Pomimo że był to stresujący dzień, wspominam go bardzo miło. Byłem pozytywnie zaskoczony atmosferą panującą w szkole.

Bardzo się cieszę, że pierwsze kroki przy organach mogłem stawiać pod okiem mgra Bartłomieja Banka. Nauczanie w szkole pomogło mi szerzej spojrzeć na muzykę pisaną przez wielkie M. Mogłem zachwycić się pięknem ukrytym w muzyce poprzez naukę podstaw teoretycznych i praktycznych. Dzięki szkole podjąłem studia muzyczne i mogę rozwijać nabyte oraz zdobywać nowe umiejętności artystyczne.

Obecnie od ośmiu lat jestem organistą w parafii Matki Bożej Anielskiej w Jaworznie oraz dyrygentem chóru Portiuncula, działającego przy tej parafii. Zgromadzone dotychczas doświadczenia pozwalają mi na poprawianie efektów w moim miejscu pracy. W tym roku wraz z chórem obchodzimy 5-lecie powstania. Dołączam krótkie nagranie z tegorocznego koncertu kolęd.

Dzięki ASM zrozumiałem i pogłębiłem przekonanie o tym co jest moją pasją i powołaniem. Szkoła daje duże możliwości, nie tylko nauki gry na głównym instrumencie. Każdy tu znajdzie coś dla siebie. Możliwość udziału w projektach chóralnych, wyjazdy zagraniczne, ludzie z pasją – to wszystko wspominam z wielką radością i bardzo za ten czas DZIĘKUJĘ!

Karol Przybojewski (2017)

Naukę muzyki zacząłem w miejskim ośrodku kultury w rodzinnej miejscowości, ucząc się gry na fortepianie. Prawdopodobnie nigdy nie stałaby się ona istotną częścią mojego życia, gdyby mój nauczyciel nie zachęcił mnie do kandydowania do szkoły muzycznej. W wieku 7 lat nie miałem zbyt dużej wiedzy o instrumentach, ale zdarzyło się tak, że poznałem i zakochałem się w brzmieniu skrzypiec i to je wybrałem na swój instrument. Sześć lat później, gdy kończyłem ten etap edukacji, nie wyobrażałem sobie życia bez muzyki, a dodatkowo zaczęły mnie interesować brzmienia organów i ich możliwości, dlatego postanowiłem kontynuować naukę w ASM. Spędziłem tu kolejne sześć lat we wspaniałej atmosferze wzajemnego szacunku i współpracy. Wszyscy byli zawsze bardzo wyrozumiali, np. gdy ze względu na szkołę ogólnokształcącą nie mogłem uczestniczyć w części zajęć teoretycznych.

Z kadry pedagogicznej szczególnie utknęły mi w pamięci dwie osoby: pierwszą jest pani Teresa Arend prowadząca sekcję teorii, która zawsze była zainteresowana swoimi uczniami. Za każdym razem, gdy nas widziała, wypytywała co u nas słychać albo jak idą nam utwory. Miała też niesamowitą chęć do obdarowywania wszechstronną wiedzą muzyczną; niejedne zajęcia kształcenia słuchu kończyły się na analizie pochodu harmonicznego, albo rozmowie o szczególnych cechach jakiegoś kompozytora. Drugą osobą jest nauczyciel skrzypiec, pani Marta Mamulska. Przyszło mi uczyć się pod jej egidą na V i VI roku. Ujęło mnie unikalne podejście do wydobycia dźwięku i budowania muzyki, na poziomie z jakim wcześniej się nie spotkałem. Dbałość o najmniejszy fragment nuty w czasie milisekund jej trwania, to prezentowany przez nią wzór, do którego wciąż staram się dążyć. Do tej pory pamiętam czasami nawet kilkanaście minut zaczynania jednej nutki, ponieważ można było wyciągnąć z niej więcej, dać coś jeszcze od siebie. Oprócz tego, bardzo duży nacisk ze strony pani nauczyciel na granie muzyki z wnętrza siebie, przelewanie emocji na nuty, uwidocznił mi tę wyjątkową stronę muzyki. Stronę artyzmu, komunikacji uczuć i wyrażania swojego wnętrza. Czegoś, czego nie da się zastąpić niczym innym. To swoisty synkretyzm wszystkich muz. Starożytny ideał. Przez całe życie zastanawiam się nad tą wyjątkowością muzyki, że jednocześnie łączy tak skrajnie różne dziedziny, jak np. liryka i matematyka; można powiedzieć, że jest dla mnie najpiękniejszym elementem wszechświata.

Nie przedłużając, mimo wszystko nie planowałem zawodowej przyszłości w muzyce, dlatego obecnie studiuję fizykę na Akademii Górniczo-Hutniczej, nie porzuciłem jednak mojej pasji i gram w różnych zespołach. Zaraz po zakończeniu szkoły dołączyłem do orkiestry smyczkowej Con Fuoco, która wraz z chórem jest organizacją studencką AGH. Dzięki temu mogę dzielić moje hobby z innymi ludźmi o podobnych zainteresowaniach i kierunkach kształcenia. Próbowałem też swoich sił w zespołach religijnych i folk-rockowym. Stworzyłem również wraz z bratem i znajomymi z okolicy amatorski kwartet smyczkowy, który mam nadzieję będzie niedługo reaktywowany po okresie społecznej izolacji spowodowanej epidemią.

Mariusz Smutek (2014)

Po ukończeniu ASM trafiłem jako organista m.in. do ponad 700-letniej parafii. Pracując w tym miejscu natknąłem się na postać Bohdana Borkowskiego, XIX-wiecznego nauczyciela fortepianu i kompozytora, który właśnie tam został ochrzczony. Jak się z czasem okazało, był on prawdopodobnie uczniem samego Stanisława Moniuszki!

Zachęcony tym odkryciem, postanowiłem rozpocząć badania nad życiem i twórczością Borkowskiego. Pragnąc osadzić tę postać w jak najszerszym kontekście, pracuję w możliwie wielu kierunkach, spędzając w bibliotekach bardzo dużo czasu. Udało mi się też nawiązać kontakt i spotkać z mieszkającą w Warszawie prawnuczką Borkowskiego. Ślady jego działalności można odnaleźć m. in. Warszawie, Paryżu, czy Brukseli. Niestety, wiele materiałów dotyczących życia i twórczości tego kompozytora zaginęło podczas Powstania Warszawskiego. Moim marzeniem jest, aby niejako wyłonić z dziejowej mgły tego zupełnie zapomnianego, moim zdaniem niedocenionego artysty i pedagoga oraz aby ponownie wykonywano jego utwory.

Historia ta świetnie współgra z moimi wspomnieniami dotyczącymi ASM. To nie było tylko miejsce, gdzie się uczyłem muzyki. Tam przede wszystkim poznałem wspaniałych ludzi, którzy inspirowali mnie do dalszego rozwoju, rozmaitych poszukiwań. I motywacja ta pozostaje silna do dziś!

Dariusz Sobański (2014)

Moją trwającą do dziś przygodę z organami rozpocząłem właśnie w ASM II stopnia przy ulicy Prostej 35A. Lata spędzone w szkole pamiętam jako okres poznawania siebie, swoich możliwości oraz zawarcia wielu znajomości, które wspominam bardzo ciepło.

Po zdaniu egzaminu dyplomowego rozpocząłem studia na Wydziale Twórczości, Interpretacji i Edukacji Muzycznej Akademii Muzycznej w Krakowie, które ukończyłem w zeszłym roku. Jednak mój wybór drogi zawodowej padł na nieco inne miejsce niż mogłaby na to wskazywać dotychczasowa ścieżka kształcenia.

Obecnie pracuję w firmie Karl Schuke Berliner Orgelbauwerkstatt, głównie przy intonacji instrumentów. Na to zadanie składa się przygotowanie wszystkich piszczałek organowych w warsztacie oraz korekta ich brzmienia na miejscu – w sali koncertowej lub kościele, w konkretnych warunkach akustycznych.

Każdej piszczałce (dla niewtajemniczonych 😉 jest ich o wiele, wiele więcej niż widać patrząc na organy z zewnątrz) należy nadać odpowiednią głośność, barwę dźwięku, skontrolować start i zakończenie oraz wyeliminować wszystkie niechciane przydźwięki. Aby uzyskać pożądany efekt oraz by prace na miejscu przebiegły sprawnie potrzebne są dwie osoby. Jedna przy stole gry słucha i podaje informacje drugiemu intonatorowi, który znajduje się wewnątrz instrumentu i ma bezpośredni wpływ na zmianę jakości odpowiedzi piszczałek.

W codziennej pracy korzystam ze zdobytej wiedzy oraz umiejętności muzycznych, niejednokrotnie bardzo cenna okazała się też umiejętność gry na organach. Polecam tę drogę każdemu, kto ma zainteresowania zarówno techniczne, jak i muzyczne oraz chce rozwinąć i wykorzystać swoje zdolności manualne.

Wielogodzinne, dokładne wsłuchiwanie się w dźwięki o różnych częstotliwościach oraz wielokrotne wykonywanie podobnej czynności bywają wyczerpujące. Satysfakcja płynąca z usłyszenia instrumentu, przy którym pracowało się tygodniami – już gotowego, podczas koncertu – jest jednak nie do opisania!

A tak brzmi jeden z ulubionych instrumentów Dariusza Sobańskiego, przeznaczony głównie do wykonań muzyki francuskiej:

 

Jakub Jastrzębski (2012)

W czerwcu minie dokładnie 8 lat od kiedy opuściłem mury ASM. Wiele się w tym czasie zmieniło w moim życiu, jednak rozpalone za młodu zamiłowanie do muzyki niezmiennie trwa 🙂 Zawsze z dużym sentymentem powracam pamięcią do lat szkolnych. Zapał do zdobywania wiedzy i rozwijania umiejętności mieszał się wtedy z młodzieńczą porywczością, poszukiwaniem własnych muzycznych i życiowych dróg, a wspólne koncerty i wyjazdy sprzyjały nawiązywaniu dobrych relacji z Pedagogami i rówieśnikami.

Wykształcenie zdobyte w Szkole pozwoliło mi bez problemu kontynuować naukę na studiach: najpierw w Łodzi, gdzie obroniłem licencjaty z organów i klawesynu, a obecnie w Warszawie, gdzie kończę magisterium z klawesynu. Najowocniej jednak realizuję się w muzyce zespołowej i kameralnej. Wraz z saksofonistką Julią Mielczarek od ponad 5 lat tworzymy duet PipeFusion Duo. Razem koncertujemy wykonując głównie muzykę współczesną – w tym premiery utworów pisanych specjalnie dla nas. Moje zainteresowania muzyczne rozszerzam również o zagadnienia strojenia klawesynów i pozytywów – pracuję w Polskiej Operze Królewskiej, gdzie przygotowuję instrumenty do koncertów i spektakli. Jako organista pracuję również w jednej z warszawskich parafii. Więcej o mojej pracy w kościele i o pozostałych moich działaniach możecie przeczytać w wywiadzie, który z inicjatywy mojego proboszcza ukazał się w naszej gazetce parafialnej (s. 12–17, kliknij TUTAJ).

Kończąc chciałbym podzielić się z Państwem jeszcze kilkoma linkami.
Zainteresowanych budownictwem organowym zachęcam do lektury mojego artykułu na temat XVIII-wiecznych organów Rickerta w kościele OO. Pijarów w Łowiczu, który ukazał się w dwóch częściach w „Notesie Muzycznym” (cz. I – kliknij TUTAJ, cz. II – kliknij TUTAJ).

Zapraszam też do odwiedzenia i polubienia fejsbukowej strony zespołu PipeFusion Duo:

https://www.facebook.com/PipeFusionDuo

Zostawiam Państwa z nagraniem naszego ulubionego utworu „Mały szkic na saksofon i organy” Miłosza Bembinowa, którego interpretację docenił nawet sam kompozytor. Zapraszam też do posłuchania innych nagrań na naszym kanale na YouTube.

 

Michael Łyczek (2012)

Muzyczne ścieżki wiodą nas czasem w nieoczekiwanych kierunkach. Moja historia zaczęła się od pianina i scholi, a doprowadziła do pracy przy organizacji koncertów w Krakowskim Biurze Festiwalowym. Cieszę się, że podczas mojej drogi trafiłem również do Archidiecezjalnej Szkoły Muzycznej, bo nie mogłem trafić lepiej. Ale po kolei.
Do Krakowa przyjechałem studiować na Uniwersytecie Jagiellońskim. Byłem już wtedy młodocianym saksofonistą po 3. roku szkoły muzycznej II st. w Rybniku. Nieodparta chęć dalszej nauki gry na tym instrumencie sprawiła, że wraz ze zmianą miasta trafiłem do budynku przy ul. Prostej. Nie wiedziałem jeszcze wtedy jakie miałem szczęście, że trafiłem właśnie pod ten adres. W szkole spotkałem znakomitych pedagogów i zdolnych uczniów, ale przede wszystkim mogłem dzięki indywidualnemu podejściu pogodzić grafik zajęć ze studiami.
Grając na saksofonie lubię możliwość poruszania się w różnych stylistykach, a w szkolnych zespołach mogłem wykonywać transkrypcje w duecie z organami, improwizować do utworów chóralnych i prezentować klasyczny repertuar z fortepianem. Rozwijałem się również wokalnie – chociaż spędziłem w szkole tylko 3 lata, udało nam się w tym czasie odwiedzić z chórem Hiszpanię, Francję, Niemcy, Węgry i Włochy. Aktywność szkolna zaprocentowała później również kilkoma wydawnictwami płytowymi oraz występami na deskach Filharmonii Krakowskiej, Tauron Areny Kraków, czy słynnej Złotej Sali Musikverein w Wiedniu. A z poznanym w Austrii chórem dotarliśmy z koncertami aż do Chin. Aż łezka się w oku kręci patrząc na to z perspektywy globalnej kwarantanny.
Od mojego egzaminu dyplomowego minęło już 8 lat. W tym czasie skończyłem europeistykę, obroniłem licencjat z politologii (spec. dziennikarska), odbyłem staż w placówce dyplomatycznej w Wiedniu, a także realizowałem różne działania edukacyjne i artystyczne. Trafiłem również do Krakowskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Ciągle radość sprawia mi gra na saksofonie, niezależnie od tego, czy jest to eksperymentalna muzyka improwizowana czy rozrywka.
Ta różnorodna ścieżka doprowadziła mnie także do działu muzycznego KBF, w którym obecnie pracuję przy projektach edukacyjnych i organizacji koncertów. Szczególnie bliski jest mi cykl ICE Classic, podczas którego prezentujemy artystów światowego formatu, takich jak Anne-Sophie Mutter, Simon Rattle czy Philippe Herreweghe.
Morał z tej przydługiej opowieści jest taki, że chociaż ciężko przewidzieć, jak potoczą się nasze losy, to warto zaplanować, by na tej ścieżce pojawił się przystanek przy ul. Prostej w Krakowie.

Piotr Windak (2012)

Śpiewałem, odkąd tylko pamiętam, ale nigdy nie przypuszczałem, że będę to robić zawodowo

W wieku 12 lat zapragnąłem grać na fortepianie. Ponieważ na „normalną” szkolną edukację pianistyczną byłem już za stary, zaczęliśmy z rodzicami szukać innej drogi. Najpierw samodzielnie rozpracowywałem na klawiaturze akordy, które poznałem grając na gitarze (podkradanej siostrze, kiedy nie było jej w domu). Później wziąłem kilka lekcji u mojego znajomego, który ówcześnie uczył się w Archidiecezjalnej Szkole Organistowskiej. Ten polecił mi pójść na egzaminy wstępne do swojej szkoły. W międzyczasie brałem jeszcze prywatne lekcje pianina i teorii u mojej nauczycielki muzyki z podstawówki.

Po zdanym egzaminie wstępnym trzeba było zmierzyć się z nowym wyzwaniem, jakim były organy. Uwielbiałem ćwiczyć na fortepianie wiele godzin dziennie, natomiast praca nad organami początkowo była katorgą. Jednoczesne granie rękami i nogami na kilku klawiaturach sprawiało mi wiele trudności i studziło zapał mimo wszelkich starań mojego nauczyciela. Dopiero pierwsza audycja, którą zagrałem w kościele, pokazała mi, że granie na organach może być przyjemne i daje wiele satysfakcji.

Ponieważ bardzo lubiłem śpiewać, z niecierpliwością czekałem na zajęcia emisji głosu, które rozpoczynały się w szkole na 3. roku. Nauczyciele zainspirowali mnie do szerszego zainteresowania się wokalistyką, dzięki czemu zacząłem śpiewać w kilku zespołach, chodzić na różne warsztaty i szukać literatury o problematyce wokalnej. W tamtym czasie mieliśmy w szkole duży chór, chór kameralny oraz oktet, który darzę wielkim sentymentem. W międzyczasie zacząłem też prowadzić chór kościelny w moim rodzinnym mieście.

Po ukończeniu Archidiecezjalnej Szkoły Muzycznej II st. rozpocząłem studia w Międzyuczelnianym Instytucie Muzyki Kościelnej. Był to czas bardzo owocny i wszechstronnie rozwijający, ponieważ uczyłem się gry na organach, śpiewu, dyrygowania oraz innych przedmiotów ważnych dla muzyka nie tylko kościelnego.

Nigdy nie chciałem pracować jako organista w kościele, w co pedagodzy i koledzy nie chcieli mi wierzyć, dlatego zacząłem myśleć co robić dalej w życiu by tak się nie stało…

Śpiewanie i granie w zespołach kameralnych oraz poznanie wielu osób zajmujących się muzyką dawną zaowocowały nowym pomysłem. Zdałem do klasy klawesynu Akademii Muzycznej w Krakowie. Cztery lata studiowania muzyki dawnej sprawiły, że pochłonęła mnie ona całkowicie. Studia te nauczyły mnie nie tylko jak wykonywać muzykę na instrumencie, ale także jak rozumieć ją w szerszym kontekście i zdobyte umiejętności wykorzystywać w śpiewaniu i prowadzeniu zespołu. Obecnie jestem studentem pierwszego roku studiów magisterskich.

Nauki śpiewu nigdy nie zaprzestałem. Od czasu ukończenia studiów w MIMK uczęszczam na prywatne lekcje oraz różne wokalne kursy mistrzowskie. Dwa lata temu rozpocząłem współpracę z Capellą Cracoviensis, Chórem Polskiego Radia oraz kilkoma kameralnymi zespołami, dzięki którym wziąłem udział w wielu ważnych wydarzeniach, m.in. Early Music Festival w Utrechcie. Od tej pory śpiewanie stało się moją główną drogą zawodową. Drogą, której nie pragnąłem w najśmielszych snach. Nigdy nie przypuszczałem, że będą miał okazję stanąć na jednej scenie z tak wspaniałymi zespołami jak Carpiccio Stravagante czy Oltremontano.

Od śpiewania się zaczęło i na śpiewaniu się kończy (przynajmniej na razie).  Być może ktoś zapytałby czy nie żałuję, że w szkole średniej grałem na organach zamiast od razu kształcić się w klasie śpiewu solowego Organy nauczyły mnie myślenia wielowymiarowego, poszukiwania różnych barw i rozumienia polifonii – umiejętności, bez których żaden wykonawca muzyki barokowej nie może się obejść.

Mateusz Jabłoński (2011)

W szkołach muzycznych I i II stopnia, do których uczęszczałem, moim głównym instrumentem była trąbka, jednak w późniejszym czasie postanowiłem zrealizować marzenie gry na organach. Tak oto w 2007 roku, zdając egzamin na 3 rok, zaczęła się moja przygoda z ASM II stopnia. Pamiętam, że od pierwszych dni w nowej szkole, dało się wyraźnie odczuć jej niezwykle ciepły i rodzinny charakter; relacje między uczniami, jak również między nauczycielami a uczniami, były pełne szacunku i życzliwości. Kierowany przez znakomitych nauczycieli i fachowców, zdałem sobie sprawę, że organy – instrument, który od zawsze był moją inspiracją przez swoje walory dźwiękowo-muzyczne, niesamowicie ujął mnie również swoją stroną techniczną. W znacznej mierze do tego mojego odkrycia przyczyniły się zajęcia z organoznawstwa, ciekawie prowadzone przez pana Lecha Skoczylasa. Dzięki temu, że profesor wyraził chęć mojego uczestnictwa w dodatkowych praktykach organmistrzowskich pod jego okiem, przez kilka lat brałem udział w projektach, poznając instrumenty i ucząc się rzemiosła.

Już po moim dyplomie i w trakcie pracy z organami, właśnie dzięki ASM i panu Lechowi Skoczylasowi, pojawiła się możliwość uzyskania stypendium organoznawczego z Londynu, „Travel Bursary for Organ Builders”. Po mojej aplikacji do konkursu, z odrobiną szczęścia, zostałem wytypowany spośród kandydatów z Europy do rozpoczęcia rocznego stypendium w firmie William Drake Limited Organbuilders w Devon, w Anglii.
Po roku stypendium zobowiązany byłem napisać raport z mojej działalności w tym czasie, opisując pracę w warsztacie. Jest on zamieszczony na stronie fundacji „Friends of Christ Church Spitalfields”, która przyznawała grant. Ku mojemu zaskoczeniu, po ustawowym czasie stypendium zostało mi zaproponowane stanowisko organmistrza w firmie. Uzyskanie takiej możliwości pozwoliło mi wejść od tego momentu w pełni w struktury firmy, jak też świata organmistrzowskiego w Anglii. W 2018 roku, uczestnicząc w konferencji The Institute of British Organ Building w Londynie, gdzie zaprezentowane zostały organy naszej firmy z Undercroft Chapel Palace of Westminster (The Houses of Parliament), poznałem ludzi brytyjskiej kultury organowej – organmistrzów, piszczałkarzy, organistów oraz organologów. Pół roku później, w podobnym spotkaniu brałem udział już w siedzibie firmy William Drake Limited, gdzie to samo gremium wizytując nasz warsztat, w którym kiedyś mieściło się pierwsze w Anglii centrum muzyki dawnej, John Loosemore Centre, podziwiali również i moją pracę przy budowie nowego instrumentu dla Chelsea Old Church.

W William Drake Limited atmosfera pracy była niesamowita. Poczynając od lokalizacji w parku narodowym Dartmoor, urokliwego budynku, w którym mieścił się kościół, do zespołu firmy – ekspertów w zakresie renowacji i rekonstrukcji historycznych organów, którzy chętnie i z wielkim zaangażowaniem przekazywali mi swoje wieloletnie doświadczenie, cenną wiedzę, utrzymując jednocześnie dyscyplinę i wysoki poziom wykonawczy. Byłem zaangażowany w budowę kilku nowych instrumentów od podstaw oraz renowacje organów historycznych z wykorzystaniem tradycyjnych, niestety unikalnych już dziś technik wykonawczych, materiałów i narzędzi. Charakterystyczna dla organów angielskich menzuracja piszczałek, sam sposób intonacji, jak również relacje pomiędzy rejestrami, ich korespondencja i wyważenie, uderzyły mnie niebywałym kontrastem estetyki brzmieniowej, do tej kontynentalnej, którą znałem wcześniej.
Dyrektor firmy, a zarazem główny intonator, Joost De Boer, dzięki swojej uprzejmości angażował mnie wielokrotnie w procesy intonacji, strojenia organów i szkolił mnie w tym zakresie. Regularnie przygotowywaliśmy je do koncertów i profesjonalnych nagrań płytowych. Poznałem dzięki temu wiele instrumentów samego Williama Drake’a, te które kiedyś restaurował, a także będące pod opieką naszej firmy – wymieniając tylko niektóre: Christ Church Spitalfields, Westminster Abbey Song School, St. Paul’s Cathedral, Queen’s College (Oxford), Chelsea Old Church, Greenwich- College of Music, The Houses of Parliament–Westminster, Oosthuizen (Holandia) – jedne z najstarszych na świecie.
Zdobyte przeze mnie doświadczenie i umiejętność zastosowania go w organmistrzostwie, pozwoliło mi w William Drake Limited uzyskać stopień „Qualified Organ Builder”. Z końcem 2019 roku, podjąłem decyzję o powrocie do Polski, mając na uwadze rozpoczęcie własnej działalności. Czy jeśli kiedyś moje drogi z ASM nie skrzyżowałyby się, czy byłbym w tym punkcie, gdzie jestem teraz…?

Niech uzupełnieniem mojej wypowiedzi będzie kilka załączonych zdjęć i filmów z mojej pracy, a także link z przykładową angielską muzyką organową i charakterystyczną dla niej intonacją (w Christ Church Spitalfields w Londynie). Aby posłuchać utworu Petera Prelleura Voluntary and Fugue in A minor (wyk. Gerard Brooks), proszę kliknąć TUTAJ. Organy odrestaurowane przez William Drake Limited, Specialist Organ Builders.

VIDEO 1

VIDEO 2

Łukasz Sandera (2010)

Moja muzyczna droga rozpoczęła się w ognisku muzycznym działającym przy Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia w Chrzanowie. Miałem wtedy 6 lat. Po pewnym czasie zasugerowano moim Rodzicom, że warto byłoby, abym spróbował swoich sił w szkole muzycznej. Zawsze interesowały mnie organy, jako największy i najbardziej tajemniczy dla mnie wówczas instrument. Niestety, w Chrzanowie nie było możliwości nauki gry na organach, dlatego wybrałem fortepian. Dziś wiem, że to właśnie nauka gry na tym instrumencie pozwoliła mi wypracować i rozwinąć prawidłową technikę gry, niezbędną w grze na organach. Podczas 6 lat spędzonych w Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia w Chrzanowie byłem jednym z nielicznych, którzy uwielbiali grać Inwencje dwugłosowe, a później trzygłosowe Jana Sebastiana Bacha, natomiast zupełnie nie trafiały do mnie współczesne utwory pisane dla dzieci. Grając muzykę Bacha na fortepianie wyobrażałem sobie, że gram na organach. Szkołę muzyczną ukończyłem równolegle z ośmioklasową wówczas podstawówką.

Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z Archidiecezjalną Szkołą Organistowską (ASO – taką nazwę nosiła wtedy nasza szkoła). Po zdaniu egzaminu wstępnego, zostałem przyjęty. Niestety, kiedy rozpocząłem zajęcia w liceum ogólnokształcącym, okazało się, że pogodzenie nauki w dwóch szkołach: jednej w Chrzanowie, drugiej w Krakowie jest niemożliwe. Nie porzuciłem jednak muzyki. Do czasu ukończenia liceum uczyłem się prywatnie u organisty w mojej rodzinnej parafii.

Po maturze ponownie zdałem egzamin do ASO i tym razem udało się podjąć naukę. Czas spędzony w szkole wspominam zawsze jako najlepszy w moim muzycznym życiu. Szkoła posiadała wyjątkową atmosferę, która sprzyjała rozwojowi. Nigdy ze strony nauczycieli nie było presji, aby osiągać wysokie wyniki, a jednak samemu chciało się pracować i rozwijać. Nie sposób wymienić wszystkich wspaniałych nauczycieli, jakich tam spotkałem. Szkoła doskonale przygotowywała do podjęcia posługi organisty. Oprócz przedmiotów przeznaczonych typowo dla organistów, takich jak liturgika czy akompaniament liturgiczny, na innych przedmiotach również edukacja była prowadzona w taki sposób, aby wykształcić dobrych muzyków kościelnych. Nigdy nie zapomnę zajęć z harmonii, gdzie oprócz realizacji programu szkoły muzycznej II stopnia Pani Profesor zawsze otwierała Śpiewnik Siedleckiego na losowo wybranej stronie i prosiła uczniów o harmonizowanie pieśni a vista. Ta umiejętność okazała się później niezmiernie pomocna w posłudze organistowskiej oraz dalszym kształceniu.

Po ukończeniu Archidiecezjalnej Szkoły Muzycznej II stopnia rozpocząłem studia w Międzyuczelnianym Instytucie Muzyki Kościelnej, prowadzonym przez Akademię Muzyczną oraz Uniwersytet Papieski Jana Pawła II Krakowie, gdzie nadal rozwijałem swoje umiejętności. Dwa lata temu los sprawił, że powróciłem do ASM. Jestem więc przy Prostej 35A teraz „po drugiej stronie”. Kiedyś jako uczeń i student, dziś jako nauczyciel. Ponadto od kilku lat pełnię posługę organisty w parafii Św. Jadwigi Królowej w Krakowie-Krowodrzy.

ks. Grzegorz Lenart (2008)

 

Odkąd pamiętam, przedmiotem moich najskrytszych marzeń było pragnienie, by kiedyś zostać księdzem lub organistą. W najśmielszych oczekiwaniach nie sądziłem, że będę jednym i drugim…
Moja przygoda z Archidiecezjalną Szkołą Muzyczną rozpoczęła się 18 lat temu. Wtedy, w 2002 roku, szkoła nosiła nazwę Archidiecezjalna Szkoła Organistowska i to ze względu na taki profil wybrałem właśnie ją. Ale od początku…

Wśród znajomych księży nie kryłem moich planów związanych z podjęciem nauki gry na organach. Mimo to nikt nie powiedział mi, że w Krakowie istnieje taka szkoła, w której mógłbym zdobywać umiejętności, o których marzyłem. Pewnego razu, podczas rozmowy z klerykiem z mojej rodzinnej parafii, okazało się, że zna on księdza, który w szkole o takim profilu uczy chorału gregoriańskiego, a w seminarium duchownym prowadzi chór i mógłby mnie z nim skontaktować. Bardzo się ucieszyłem, gdy otrzymałem kontakt i czym prędzej zadzwoniłem do tego księdza. Jak nietrudno się domyślić, tym tajemniczym kapłanem był ks. Robert Tyrała, który z kolei przekazał mi nr telefonu do Pana Wiesława Delimata, dyrektora szkoły. Kiedy poznałem warunki przyjęcia do szkoły, rozpocząłem przygotowania do egzaminu wstępnego. Program można było zaprezentować na organach lub na fortepianie. Ponieważ nigdy wcześniej nie grałem na organach, wybrałem fortepian, na którym uczyłem się grać od V klasy szkoły podstawowej, uczęszczając na prywatne lekcje gry do Pana Mariana Sułkowskiego. Podczas egzaminu zagrałem te utwory, które komisja wybrała spośród przygotowanego przeze mnie repertuaru. Był to Mazurek F-dur F. Chopina op. 68 nr 3 oraz hymn „Ciebie Boga wysławiamy”. Z komisji, przed którą składałem egzamin pamiętam troje spośród czterech członków. Byli to: Pani Wanda Falk, Pan Witold Zalewski oraz Pan Jerzy Rieger. Pamiętam również, że podczas egzaminu panowała miła atmosfera. Pan Witold żartował, starając się, bym się nieco rozluźnił przed rozpoczęciem gry. Ponieważ ja wtedy tych żartów nie rozumiałem, więc zamiast mnie relaksować, wprowadzały w jeszcze większe zakłopotanie. Dzisiaj rozumienie żartów Pana Profesora opanowałem do perfekcji…
Z egzaminu wyszedłem zadowolony, choć pamiętam, że lepiej poszła mi gra niż zasady muzyki i kształcenie słuchu. Nie miałem pewności czy się dostanę, tym bardziej że było aż 25 kandydatów. Ja na liście zajmowałem 13. miejsce. I choć nigdy nie wierzyłem w tego typu przesądy, to jednak nutka niepewności we mnie wybrzmiewała. Kiedy otrzymałem informację, że dostałem się do szkoły byłem bardzo szczęśliwy, że będę mógł realizować swoje marzenia.

Od września rozpocząłem naukę w szkole. Okazało się, że będąc wówczas w III klasie gimnazjum, jestem najmłodszym uczniem ASO. Trafiłem do klasy fortepianu Pana Piotra Zagórskiego. Doskonale pamiętam tamte lekcje i jego ogromne zaangażowanie w prowadzenie zajęć. Myślę, że dały mi one trwałe fundamenty do dalszego rozwoju i pozwoliły zniwelować błędy w technice gry. Przedmioty teoretyczne prowadziła Pani Teresa Arend, która posiadała bardzo indywidualne podejście do każdego z nas. Na III roku znalazłem się w klasie organów Pani Urszuli Dereń-Kokoszki. Te 4 lata zdobywania umiejętności gry na organach pod okiem Pani Profesor miały dla mnie ogromne znaczenie. Nigdy nie wychodziłem z lekcji zniechęcony. Może tylko wtedy, gdy wydawało mi się, że otrzymuję zbyt ambitne utwory. Każda lekcja inspirowała mnie do poszukiwań tego właściwego brzmienia z odpowiednią artykulacją i właściwym prowadzeniem frazy. Na III roku mieliśmy również zajęcia z akompaniamentu organowego z Panem Witoldem Zalewskim. Zajęcia była dla mnie bardzo wymagające, ponieważ nigdy wcześniej nie akompaniowałem podczas Mszy Św. Jakaż radość zapanowała w mym sercu, kiedy na ostatnich zajęciach byłem w stanie zagrać Ojcze nasz w tonacji Des-dur. Po rocznym kursie akompaniamentu organowego czułem, że mogę już zasiąść za kontuarem organów i akompaniować za pomocą prostej harmonii, tym bardziej że przecież piękno nie tkwi w bogactwie, lecz w prostocie… Kiedy byłem na V roku podjąłem się gry na organach w parafii pw. Trójcy Przenajświętszej w Czarnym Dunajcu. Dzięki lekcjom dyrygowania z Panem Wiesławem Delimatem zdobyłem umiejętności, które pozwoliły mi założyć w tejże parafii chór mieszany „Sancta Trinitas” i stać się dyrygentem – praktykiem.

Dzisiaj po latach bardzo miło wspominam czas spędzony w Archidiecezjalnej Szkole Organistowskiej II st. Zawsze będą kojarzył tę szkołę w wysokim poziomem nauczania, ale też z bardzo rodzinną i ciepłą atmosferą, która towarzyszyła mi przez lata nauki. Choć nauczyciele byli wymagający i robili wszystko, by jak najwięcej nas nauczyć, to jednocześnie byli bardzo wyrozumiali i dzięki temu mogłem łączyć zajęcia w ASO z lekcjami w gimnazjum, a później liceum, oddalonego 70 km od Krakowa.

Polecam tę szkołę każdemu, kto kocha muzykę i chce rozwijać swój talent, co przecież jest zadane każdemu z nas przez Boga Stwórcę. Nade wszystko rekomenduję Archidiecezjalną Szkołę Muzyczną wszystkim, którzy chcieliby się zajmować muzyką kościelną. Nie ma wspanialszej rzeczy jak chwalić Boga śpiewam, grą na instrumencie, a przy tym pomagać innym modlić się.

Michał Blechinger (2002)

Jestem szczęśliwym posiadaczem dyplomu krakowskiej szkoły organistowskiej – pierwszego państwowego dyplomu szkoły II stopnia. Jako że było to już dość dawno temu, bo w 2002 roku, pozwolę sobie na trochę wspominek.
Szkoła nosiła wtedy nazwę Archidiecezjalna Szkoła Organistowska, mieściła się przy ul. Szujskiego. Uniwersytet Papieski, na którym w tym czasie studiowałem, nosił nazwę Papieska Akademia Teologiczna, a ks. Tyrała nie był jeszcze rektorem. Na zajęciach u p. Tulei siedziało się na kanapie, na kształceniu słuchu u p. Falk było sennie, na dyrygowaniu u p. Delimata każdy machał nie w tę stronę, a na fortepianie u p. Przybylskiego przezwyciężaliśmy kryzysy (każdy swoje).
Najbardziej jednak cenię sobie lekcje organów z p. Markiem Wolakiem. Była to nie tylko praca nad utworami, dbałość o każdy dźwięk, ale i wymiana doświadczeń, ciekawe rozmowy, przechodzące czasami w burzliwe dyskusje o muzyce, o otaczającym nas świecie, o życiu.
Były jeszcze niezapomniane panie na portierni, ale to już osobna historia…
Potem był recital dyplomowy na Dębnikach, studia na Akademii Muzycznej, stypendium w Niemczech.
Po studiach wróciłem do mojej macierzystej diecezji opolskiej, gdzie jestem organistą w jednym z opolskich kościołów i wykładowcą w Diecezjalnym Instytucie Muzyki Kościelnej. I chociaż to tutaj stawiałem moje pierwsze muzyczne kroki, to doświadczenie z lat krakowskich do dzisiaj owocuje zarówno w pracy organistowskiej jak i w pedagogicznej, wzbogaca zdobytą wiedzę i pozwala spojrzeć na pewne problemy z innej perspektywy.
ASM – Absolutnie Szkoła Marzeń? – zdecydowanie tak! Bo pozwala zrealizować marzenie o tym, jak być dobrym muzykiem kościelnym, służyć codziennie do liturgii, obcować z pięknem muzyki. To marzenie spełnia się każdego dnia!

cdn.